O tym co niszczy karmienie piersią!

Dziecko
baby-220296_1280

Dwa tygodnie temu miałam cesarskie cięcie. Drugi raz w życiu usłyszałam najpiękniejszą dla matczynego serca melodię – płacz zdrowego, silnego noworodka. Kiedy tylko wróciłam z sali pooperacyjnej, złapałam synka w ramiona, rozpoczęliśmy naszą wspólną drogę mleczną. Pewna siebie i doświadczona, niczym nie przypominałam tej wystraszonej i spanikowanej pierworódki, która ponad dwa lata temu o karmieniu piersią nie wiedziała nic, poza tym, że chce to robić. Czułam się na tyle dobrze, że dumna z siebie postanowiłam zostawić synka ze mną na noc. Wtedy przyszła ona, autorytet – doświadczona pielęgniarka noworodkowa, i powiedziała, słowa po których po moim policzku spłynęła łza. I nie była to łza szczęścia.

Wiedziałam, że będę walczyć o karmienie piersią po cesarskim cięciu. Nie sądziłam, że walczyć będę musiała z osobami, które w pierwszych dniach po porodzie powinny mnie wspierać i pomagać. Nie sądziłam, że tak mocno będę musiała tupać nogą aby mój Synek nie dostał ani grama mleka modyfikowanego. A w najśmielszych snach nie przypuszczałam, że o pomoc będę wołać na grupie wsparcia na facebook-u.

Pielęgniarki w szpitalu podzielone były na dwie frakcje. Pierwsza reprezentowała poglądy rodem z PRL-u, choćby się waliło i paliło, choćby piersi miały eksplodować od nadmiaru mleka – musimy dokarmić. Przychodziły takie, obmacywały piersi, wyciskały krople mleka i stwierdzały – coś tam się zaczyna produkować, ale, powoli, więc trzeba dokarmić, w nocy Pani tym nie wykarmi, wiadomo dziecko potrzebuje tłusto… I na moje nieszczęście na takie osoby trafiłam tuż po porodzie.

Druga czyli tzw terrorystki laktacyjne, z ich istnienia nie zdawałam sobie sprawy. Teraz już wiem. Są, istnieją i mają się dobrze. Przychodzą i na prośbę mamy o dokarmienie (tej samej, której rano wtłoczono do głowy, że sama nie da rady) obraźliwie, stwierdzają, że jak chciało się być mamą to się trzeba pomęczyć i dziecko wykarmić. Byłam świadkiem sytuacji gdzie pielęgniarka wyciągnęła smoczek z ust oseska i rzuciła na łóżko matki z tekstem „tego to na pewno nie potrzebuje”. Bez wyjaśnienia, dlaczego. Nie da się tego nazwać inaczej niż terror.

Wracając do mojej sytuacji sprzed kilku dni. Po ośmiu godzinach od cc, na tyle dobrze się czułam, że korzystając z sytuacji postanowiłam zostawić dziecko na noc przy sobie. Kiedy usłyszała to pielęgniarka noworodkowa, z miną srogą, bez pardonu zaczęła mnie upominać:

Pani chce dziecko zagłodzić? Pani nie ma mleka!
-Jestem pewna, że mam. Widziałam kropelki. (Ja jeszcze pewna siebie)

Pani jest 8 godzin po CC, mleka nie ma. To co Pani widziała to w najlepszym wypadku siara, NIE mleko. No jak Pani chce niech Syn zostanie, ale dziecko się bez jedzenia odwodni, i będzie miało żółtaczkę, zobaczy Pani.

-Zostawiam Syna ze sobą, jakby co będę prosić o pomoc.

Wyszła obrażona. Miałam to gdzieś, w końcu to mój Syn, mogę decydować. Tylko po chwili, w mojej głowie zaczęła kiełkować myśl, a co jeśli na prawdę go odwodnię? A jeśli rzeczywiście mam mało pokarmu? Jeśli upierając się przy swoim zaszkodzę synkowi? Wpadłam w lekką panikę. Ja doświadczona matka, która chwilę temu zakończyła karmienie ponad 2 letniego dziecka, wiedząca o laktacji prawie wszystko. Chwyciłam za telefon i pierwszy raz w życiu napisałam pytanie na facebookowiej grupie. W kilka chwil uzbierało się 160 komentarzy, z wszystkich płynął jasny przekaz – KARM. Chociaż teoretycznie to wiedziałam, zmęczona po porodzie, przeładowana emocjami potrzebowałam kogoś kto mnie utwierdził, poklepał po ramieniu. Niestety w szpitalu nikogo takiego nie spotkałam…

zrzut-ekranu-2016-11-30-o-6-23-45-pm

zrzut-ekranu-2016-11-30-o-6-23-45-pm

Jeżeli w głowie matki polki karmiącej te słowa zasiały ziarenko niepewności, jakich zniszczeń dokonałyby w głowie matki polki niedoświadczonej? Ogromnie nad tym ubolewam, ale w szpitalu na próżno szukać kogoś, kto udzieli rzetelnych informacji, kogoś kto wytłumaczy, o co w tym wszystkim chodzi. Karmienie piersią nie zaczyna się w piersiach. Zaczyna się w głowie. Mleko płynie kiedy w to wierzymy. Kiedy jesteśmy pewne siebie. Zamiast terroryzować w jedną bądź w drugą stronę, wystarczyło by obudzić w młodej mamie wiarę, że może, że ma tą moc, że da radę wykarmić swoje maleństwo. Do tego dorzucić trochę wiedzy praktycznej, technikę karmienia piersią, kilka pozycji. Tylko tyle, a jestem pewna, że statystyki kp wystrzeliłyby po same niebo, bo w większości przypadków karmienie mm to brak wsparcia i wiedzy, wtedy, kiedy jest najbardziej potrzebne.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  1. To ja miałam trochę inna sytuację ale też związana z karmieniem. Nie umiałam przestawić dziecka do piersi, po prostu nie wiedZiałam jak. Pytania i prośby o pomoc odbijaly sie echem od ściany. Położna tylko spytała czy będąc w ciąży czytałam w ogóle o karmieniu, na co ja ze oczywiście Tak! No to stwierdziła że nie ma problemu i wzięła mnie za głupka.. .

  2. Oj, temat dla mnie bardzo trudny, bo ja doświadczyłam właśnie w szpitalu terroru laktacyjnego, a miałam cc w pełnej narkozie z powodu zagrożenia życia i mojego, i syna. Byłam po tym wszystkim w sporym szoku, rozbita psychicznie, do tego miałam problemy z wybudzeniem z narkozy… A położne wpadały z tekstem „karmić, karmić”, kiedy ja z trudem byłam w stanie skojarzyć, jak się nazywam i co tam w ogóle robię…

  3. Sama z wiadomych względów nie karmiłam piersią – i może lepiej, skoro takie rzeczy się dzieją w tych szpitalach…Za to spędziłam z synkiem tydzień czasu na oddziale kiedy miał zapalenie oskrzeli – i też albo przychodziły do nas wszechwiedzące, panoszące się babsztyle – albo z kolei jakieś praktykantki, które nijak pomóc nie umiały i nawet nie wiedziały, jak się pulsoksymetr podłącza.

  4. Ola czytając Twój tekst po raz pierwszy w życiu miałam wrażenie że napisałam go sama. Rodziłam drugiego synka w szpitalu w Sandomierzu. Niestety nie mogłam go po cc mieć od razu przy sobie bo nie trzymał ciepła i trafił do podgrzewanego łóżeczka. Pierwsza noc była okropna. Leżałam z cewnikiem i bolącą raną wiedząc że na samym końcu korytarza leży samo moje dziecko. Prosiłam pielęgniarki że jeśli tylko będzie głodny aby przynosiły mi go na karmienie. Ostatecznie nie mogąc się o to doprosić przez pierwsze …12 godzin!!! o 4.00 nad ranem z płaczem zadzwoniłam do męża, który od razu przyjechał i wiesz co się okazało, że akurat wtedy synek nagle zrobił się głodny i mi go przyniesiono. Kiedy mąż pojechał znów było to samo, proszenie itd. Rano, kiedy mogłam już wstać, z cewnikiem jeszcze trzymając się ścian, nie prosząc już znów ze łzami w oczach, tym razem od bólu, po ścianie sama poszłam do dziecka i tak chodziłam kiedy tylko usłyszałam że płacze. Nieraz zobaczyłam go z butelką, chociaż wyraźnie prosiłam aby dziecka nie dokarmiać…To okropne że poglądy pielęgniarek (dużej części) to poglądy rodem z PRL-u… Karmię Jasia do dziś, już 19 miesięcy, ale tylko dzięki własnej determinacji…

  5. Debilki idiotki stare jędze u mnie w szpitalu słyszałam to samo ale nie pozwoliłam sobie wejść na głowę i dtalego dalej karmie synek 7 mcy śliczny i dorodny:))) trzymam kciuki nie dajmy się starym głupim babą.

    1. Dokładnie, też się nie dałam i dzięki temu karmię Synka i nie dostał ani łyczka mm, a ma już prawie 5 miesięcy :) Ale to dzięki doświadczeniu córcię karmiłam 25 miesięcy ;)