Miłość matki w czterech aktach

Dziecko
nervous beautiful young woman holding egg timer for concept of time management

Nie wierzę w miłość od pierwszego „usłyszenia” o ciąży. A co z miłością od pierwszego wejrzenia?

Akt pierwszy – Jestem w ciąży

Niektórzy mówią, że to możliwe i można pokochać dziecko, niemalże od poczęcia. Już na pewno od momentu kiedy pierwszy raz na usg usłyszy się bicie maleńkiego serca. Podobno. Kiedy ja zrobiłam test ciążowy czułam wiele, ale na pewno nie była to miłość do dziecka. Dziecka? Jakiego dziecka? Ciężko było mi wyobrazić sobie, że tam gdzieś pomiędzy wątrobą a żołądkiem rośnie nowe stworzenie. Czułam się dziwnie. Byłam podekscytowana, cieszyłam się, i martwiłam jednocześnie. Stopniowo przyzwyczajałam się do myśli, że będę mamą. Cieszyły mnie pierwsze kopniaki, i zdjęcia usg. Jednak nie czułam więzi z dzieckiem. Cieszyłam się, że jest ale na pewno go nie kochałam.

Akt drugi – Poród

Niektórzy mówią, że to możliwe i można przeżyć poród. (żartowałam) Miałam na myśli przeżycie porodu jako mistycznego doznania, najbardziej naturalnego, pierwotnego. I zapamiętania go jako najpiękniejsza chwila w życiu. Z taką nadzieją udałam się na porodówkę. Bez znieczulenia poproszę, oczywiście. Ja nie dam rady? I dawałam radę, dopóty dopóki wszystko szło prawidłowo. Pokonałam nawet moją odwieczną fobię wenflonu. (to głupie, ale tego najbardziej się bałam). Zaczęły się nie planowane komplikacje. Cztery najdłuższe godziny mojego życia – brakowało tylko 2 cm. Nie było postępu, zapał opadał, i tolerancja na ból, skoro i tak nigdzie nie prowadził. Najpiękniejsza chwila – moment znieczulenia do cesarki. Ulga, jakiej nigdy wcześniej, ani później nie poczułam. Pierwszy krzyk, oczekiwany od 9 miesięcy – i kamień spadł z serca, że płacze. „Poznaje Pani? To Pani dziecko!” – żartował lekarz. Czy poznaje…?

Akt trzeci – Noworodek w domu

Niektórzy mówią, że to możliwe i można mieć w domu noworodka i normalnie funkcjonować. Pierwsze chwile razem to kosmos. Pamiętam jak pierwszy raz ulało się jej w szpitalu, w 10 sekund byliśmy spanikowani pod dyżurką pielęgniarek. Co dzień po cc było dużym wyczynem. Z pielęgniarkami konsultowaliśmy nawet technikę wsadzenia dziecka do fotelika samochodowego. Wracaliśmy ze szpitala jakieś 30km/godzinę, powoli, bezpiecznie. Całymi dniami warowaliśmy pod łóżeczkiem, bez mrugnięcia wstawaliśmy o 1,3, 4. O 6 rozpoczynaliśmy dzień. Z największą starannością wykonywaliśmy wszystkie zabiegi pielęgnacyjne. Czy to już była miłość? Nie sądzę, było poczucie odpowiedzialności, strach, stres, zachwyt, podziw. Z dnia na dzień, rodziło się najpiękniejsze uczucie, które każdego dnia się umacnia. nawet nie wiem dokładnie kiedy, pokochałam moje dziecko na zabój.

Akt czwarty – Kocham Cię

Niektórzy mówią, że to możliwe i można sztachać się miłością do dziecka zamiast innych środków odurzających. Nawet nie wiem kiedy. Nie był to jeden moment. Były to różne momenty. Kiedy płakała, brałam ją na ręce i w momencie się uspokajała, kiedy pierwszy raz się uśmiechnęła, kiedy dała pierwszego buziaczka, kiedy pierwszy raz powiedziała „mama”.  Teraz każdego dnia chciałabym krzyczeć to ludzi na ulicy „Kocham! kocham! kocham!”. Chciałabym, żeby cały świat wiedział jak bardzo, jak mocno. To najsilniejsze uczucie jakie kiedykolwiek czułam.

Nie jestem gorszą matką, tylko dlatego, że nie poczułam fali miłości płynącej z testu ciążowego. Bo to chyba normalne, wbrew temu co jest od nas oczekiwane. Nie kocham mojego dziecka za coś. Kocham bezinteresownie. Bez względu na wszystko. Ta miłość potrzebowała trochę czasu, żeby dojrzeć, wybuchnąć.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  1. Jak najbardziej Cię rozumiem. Ja jednak miałam zupełnie inaczej. Czułam miłość do mojego dziecka od samego początku, pewnie dlatego, że tak bardzo na nie czekałam i już myślałam, że go nigdy nie będzie. Za to miałam chwilowy moment kryzysu w pierwszym miesiącu jej życia. Takie kilka dni zmęczenia fizycznego, psychicznego, kiedy nie czułam dosłownie nic. Aż się sama siebie wtedy bałam, że jak mogę być tak nieczuła. Przeszło mi na szczęście szybciutko.

  2. Teraz kocham moją córcię najbardziej na świecie, ale kiedy ją pokochałam? Nie wiem. Może to było już wtedy, gdy pierwszy raz wzięłam ją w ramiona i patrzyłam godzinami na tą maleńką buźkę i nie mogłam oderwać od niej oczu. Teraz jak na nią patrzę, to myślę sobie, jakie mam szczęście :) I tez czasem oczu nie moge oderwać :)

    1. Teraz jak o tym myślę to wydaje mi się, że kocham ją od zawsze! :) Ale dokładnie sobie postanowiłam przypomnieć jak to było, po rozmowie z ciężarną koleżanką, która ma okropne poczucie winy, że nic nie czuje do dziecka. (które było planowane i bardzo chciane)

  3. Haha, u nas były podobne te pierwsze dni po narodzinach – totalny kosmos i zrywanie się an równe nogi nawet jak dziecko głośniej odetchnęło przez sen ;)

  4. Wiele rzeczy kocha się od razu, ale jednocześnie trzeba się oswoić z nową – nie zawsze łatwą sytuacją i ze zmianami, które ze sobą niosą. Ja kochałam już samą myśl, że mogę mieć dziecko.

  5. Piękny wpis! Sprawił mi wielką przyjemność:) Ja tez nie miałam zbyt wielu mistycznych doznań:) Planowaliśmy dziecko, zaszłam w ciąże przy pierwszym podejściu, ale czy czułam się jakoś inaczej, bo w ciąży…chyba nie? To poczucie, że jestem Mamą przyszło chyba dopiero wtedy, gdy zaczęłam czuć ruchy Maluszka. Ja też rodziłam przez cesarskie cięcie, cóż mało to było mistyczne doznanie, ale gdy zobaczyłam mojego Synka pierwszy raz, bardzo się wzruszyłam! Pierwsze dni w domu – łooo…mieszanina stresu, radości, burzy hormonalnej i niepewności we wszystkim, ale wspominam bardzo miło:) A kiedy pokochałam swoje dzieci? Myślę, że od początku, tylko ta moja miłość ewoluowała z czasem… Na początku była taka lekka, ważka, emocjonalna – jak przy pierwszym zakochaniu niemalże:P Dziś jest świadoma, dojrzała, okrzepnięta, zdecydowanie bardziej racjonalna… Naprawdę interesujący wpis:)

    1. Dziękuje za ten komentarz :) Dokładnie tak jak piszesz. Od kiedy dowiedziałam się o ciąży czułam podekscytowanie, radość, ale i niepewność (jak przy zakochaniu) po narodzinach był podziw, zachwyt, ekscytacja, ale dopiero jak szok opadł, przyszła prawdziwa, dojrzała, miłość :)

  6. Oj jak ja Cie rozumiem… Za nim we mnie urodziła się Matka minęło sporo czasu. Zanim poczułam tą miłość przeszłam przez gehennę obwiniania się, że jej nie czuje, tej fali, tak słynnej co to zalewa miłością. Teraz kocham nad życie, ale myślę, że ta miłość nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa ;)

  7. Zgadzam się w 100%. Ja co prawda pokochałam w momencie jak wyskoczyła zza parawanu, ale to pewnie dlatego, że dużo przeżyłyśmy jak jeszcze była w brzuszku. Teraz z każdym dniem kocham coraz mocniej… aż się dziwię że tak można ;-)

    1. Właśnie wydaje mi się, że w takich sytuacjach kiedy coś złego dzieje się w ciąży lub z noworodkiem po porodzie miłość przychodzi szybciej, od razu wręcz. Wchodzisz na tryb „walki o dziecko”, i zdajesz sobie sprawę, że może być różnie. Zupełnie inne emocje. U mnie szczęśliwie nie było takich problemów, i pewnie dlatego tak powoli kiełkowało. Sama nie wiem skąd się bierze coraz więcej tej miłości, ona nie ma limitów normalnie :P :P :P

  8. Mogę podpisać się pod tym postem, chociaż ja faktycznie poczułam miłość tuż po porodzie, gdy mogłam poleżeć z Pierworodnym na brzuchu. Niestety z bliźniakami było inaczej – wszystko musiało dojrzeć i poukładać się w mojej głowie. Zajęło mi to długi rok. Teraz jest super :)

  9. Bardzo ciekawie to opisałaś, myślę, że Twój wpis pomoże nie jednej mamie. Ja jestem osobą bardzo emocjonalną zakochaną już w dwóch kreskach na teście:)

  10. Pięknie napisane:) Ja również bardziej niż porodu obawiałam się wenflonu i w moim przypadku niestety bądź stety ta bojaźń okazała się być uzasadniona…Co do miłości – świadomość kochania dojrzewa w nas coraz mocniej z każdym kolejnym dniem bycia z maluszkiem. Co nie znaczy, że na początku go nie ma. Ja myślę, że jest, jednak objawia się głównie w naszej codziennej opiece, wytrwałości i poświęceniu, bo właśnie tego oczekuje i potrzebuje nasze dziecko. Pozdrawiam.

  11. Też nie doznałam wybuchu miłości bezgranicznej po zobaczeniu II kresek na tescie. Owszem przez cała ciążę prowadziłam instensywne konwersacje, a może raczej monologi ze swoim brzuchem, ale czy to była miłość? Nie wiem, no nie wiem. Nagłe uderzenie uczuciowe miałam kiedy po porodzie położyli mi małą na piersiach. Cudowność, podobno bełkotałam coś do niej jak naćpana. Potem tygodnie depresji i strachu… Wspominam ten czas w odcieniach szarości. W pewnym momencie po prostu coś mnie uderzyło-love, love! Fala miłości i uwielbienia, nocne podglądywanie śpiącego bąbla :) Wszystko przyszło z czasem, ale z jakim natężeniem :D!

    1. Ja też prowadziłam konwersacje z brzuchem :) Jednak to dziecko było dla mnie wielką abstrakcją, zupełnie nie potrafiłam go sobie wyobrazić, byłam zafascynowana ciążą, potem zaszokowana, ale potem też uderzyło love-love :) :)

  12. Ja także początkowo, mimo iż staraliśmy się z Mężem o dziecko to, gdy zobaczyłam magiczne dwie kreski to raczej zamiast poczuć ekstazę i szczęście poczułam lekki szok i niedowierzanie – Ale jak to? To już?
    Potem gdy zobaczyłam pierwszy raz na usg rosnące we mnie stworzonko, gdy usłyszałam bicie Jego serduszka – miałam łzy w oczach i mega ściśnięte gardło ze wzruszenia, że nie mogłam rozmawiać. Potem pierwsze ruchy – z każdym kopniakiem coraz bardziej uświadamiałam sobie, że już za kilka miesięcy urodzę życie, które we mnie rośnie… Zaczęłam rozmawiać z Brzuchem, opowiadałam Mu wszystko – jak mi minął dzień, albo gdzie teraz idziemy, czasem opowiadałam Mu jaki film oglądam albo jaką minę ma Tata na daną sytuację. Mój Mąż też uskuteczniał codzienne rozmowy z Potomkiem – śmiał się, że we dwóch mają swoje sekrety i mówił czasem „Mama, Ty nie podsłuchuj bo My tu mamy męskie rozmowy!” :) Te wszystkie chwile sprawiły, że wspominam ciążę jako cudowny czas kiedy rozwijała się Nasza więź i miłość do Naszego Synka. Potem nadszedł Ten Dzień – nie było lekko… po 7 godzinach na sali porodowej zobaczyłam Jego – Mojego Pomarszczonego Wrzeszczącego Brudnego od Mazi a jednak Najpiękniejszego Synka… nigdy nie zapomnę tej chwili, gdy zobaczyłam Go po raz pierwszy… Pamiętam, że płacząc szeptałam tylko „Jesteś najwspanialszy… Jesteś idealny…” i tak bardzo nie chciałam Go wypuścić z rąk…. spędziliśmy razem 2 godziny w kontakcie skóra do skóry i to były 2 godziny, które najszybciej minęły w moim życiu… Było cudownie… Jest cudownie… I wiem, że będzie cudownie, bo Kocham Go najbardziej na całym świecie…