Ciąża i lekarz „z NFZ” mieszanka wybuchowa?

Dziecko
computer-1149148_1920

Jest taki okres w życiu Polaka (a właściwie Polki) kiedy do wizyty u lekarza nie musi namawiać jej kampania społeczna. Biegnie sama, czeka w długich kolejkach, na pobranie krwi chodzi z uśmiechem, i z takim samym uśmiechem oddaje poranny mocz. Wszystko w celu wyższym. Najważniejszym. Lekarza wybieramy z taką samą dokładnością jak męża. Czy naprawdę ma znaczenie czy ginekolog przyjmuje nas w państwowej przychodni, czy w prywatnym gabinecie? Kto opiekuje się moim „brzuszkiem” i dlaczego?

Rok 1992, patologia ciąży, pacjentka moja mama

Historia powtarzana wielokrotnie, kiedy natrafiało na tematy okołoporodowe. Moja mama spędziła długi czas na patologii, z ciążą zagrożoną. Bardzo dobrze zapamiętała, obchody. Ordynator wchodził do sali, i pytał mamy „wszystko ok?” Nie zdążyła nawet odpowiedzieć (może to pytanie retoryczne było?) a już podchodził do pacjentki z łóżka obok i z szerokim uśmiechem dopytywał „Księżniczko, jak samopoczucie, ruchy maleństwa czujesz? Apetyt dopisuje” a po przeprowadzeniu 10 minutowej, bardzo serdecznej pogawędki zapraszał ją na badanie do gabinetu, bo „chociaż wszystko wydaje się być dobrze, lepiej dmuchać na zimne”. Moja mama – bardzo intensywne krwawienia, problemy z łożyskiem, NFZ. Pacjentka z łóżka obok po rozmowie z ciężarną koleżanką doszła do wniosku, że jej dziecko za mało się rusza, pacjentka z prywatnego gabinetu, oczywiście.

Moje oburzenie – Mamo, to jakieś stare dzieje! Wyszliśmy już z PRL-u! Teraz jest inaczej! Teraz, to jest nie do pomyślenia, tak dyskryminować pacjentki. Lekarze na pewno boją się pozwów.

Rok 2014, patologia ciąży, pacjentka – ja

Obchód poranny sytuacja dziwnie znajoma, chociaż nigdy wcześniej nie leżałam w szpitalu. Ordynator, niektóre pacjentki traktuje zdawkowo, inne zaś z największą troską. Z jedną z nich przeprowadza dokładny wywiad, opowiada co trzeba sprawdzić, jakie badania wykonać, odpowiada z wielką cierpliwością na wszystkie pytania, a na koniec prosi do swojego gabinetu. Nie muszę się domyślać, co działo się w gabinecie, gdyż tą pacjentką byłam Ja. W gabinecie usłyszałam, że należy wykonać USG, ale na oddziale znajduje się jedynie stary aparat, na którym już generalnie ciężko coś dojrzeć i umówili mi termin na cito w pracowni ultrasonograficznej. W pracowni tej aparatura była najwyższej klasy (taka jak na badaniach prenatalnych). Na mojej sali byłam jedyną pacjentką, która korzystała z tego sprzętu. Dwie pozostałe panie badane były starym rzęchem. Już się chyba domyślasz, że chodziłam prywatnie.

Mamo, co tu się wyprawia! Taka podróż w czasie o ponad dwadzieścia lat! Z jednej strony bardzo się cieszyłam, że jestem po tej stronie gdzie ktoś się przejmuje mną i moim nienarodzonym dzieckiem, a z drugiej strony miałam poczucie cholernej niesprawiedliwości. Widziałam wzrok, tych kobiet, które w takim samym stopniu jak ja, martwiły się o swoje dziecko, były tak samo jak ja przerażone, tak samo jak ja płakały w poduszkę. Jedyna różnica między nami była taka, że ja sobie tą troskę kupiłam!

Dlaczego zdecydowałam się na prywatny gabinet?

Powody był błahe, i nie chodziło bynajmniej o zapewnienie sobie lepszego traktowania. Po pierwsze całą ciążę pracowałam, więc wizyty państwowe, w godzinach dopołudniowych były mi wybitnie nie na rękę. Po drugie jak każda kobieta na świecie po zobaczeniu dwóch kresek bardzo spieszyłam się na pierwszą wizytę, ale, że trafiło na czas bożego narodzenia, nie miałam gdzie iść. Więcej o tym pisałam tutaj – 24 grudnia 2013 roku, najlepszy prezent w życiu nie leżał pod choinką. Po trzecie nie przepadałam, za moim ginekologiem, o ile na kontrolnej wizycie raz do roku mogłam go strawić, to wizja comiesięcznych, spotkań napawała mnie lękiem. Z polecenia znajomej usłyszałam o świetnym lekarzu, rzut beretem od mojej pracy (dosłownie dwie kamienice dalej) co było mi bardzo na rękę. Zadzwoniłam, umówiłam się na wizytę termin nie był zbyt odległy, i tak zostałam.

Za darmo umarło (a właściwie nigdy się nie urodziło)

Jak sobie teraz pomyślę o moich ciążowych planach, żeby nie rodzić w szpitalu w którym pracuje mój lekarz prowadzący, a w innym, to ciarki przechodzą mi po plecach. A plany takie miałam. Historia opowiadana przez mamę wydawała mi się na tyle kuriozalna, że przez myśl mi nie przeszło, że nic się w tym zakresie nie zmieniło. Brutalna rzeczywistość, zmiażdżyła moją wyidealizowaną wizję służby zdrowia. Nie wiem co by było gdyby. I nigdy się tego nie dowiem. Wiem natomiast, że dzięki traktowaniu, które kupiłam sobie pieczątką lekarza w karcie ciąży czułam się bezpiecznie. Wiem, też że mój poród nie należał do łatwych, pojawiły się komplikacje, i niezbędne było wykonanie cesarskiego cięcia. Wszystko potoczyło się szybko i sprawnie, nikt nie zwlekał. Nie wiem jak byłoby w innym szpitalu, nie wiem też jak byłoby w tym samym szpitalu gdybym była „pacjentką z ulicy”.

Nigdy się tego nie dowiem, jednak wiem jedno – zupełnie nie mam ochoty sprawdzać. Ja i większość, znanych mi ciężarnych. Wszystkie pędzimy co miesiąc do prywatnego gabinetu, w zębach trzymając 150 złotych, badania oczywiście w prywatnym labolatorium, bo pierwsza decyzja ciągnie za sobą kolejne konsekwencje. Wszystkie rodzimy w państwowych szpitalach, na państwowych łóżkach, a traktowane jesteśmy niby wyjątkowo, z większą troską, chociaż tak na prawdę po prostu, po ludzku.

Mam nadzieje, że kiedy moja córka będzie rodziła swoje dzieci, będzie normalnie, i tego normalnego, ludzkiego traktowania nie będzie trzeba kupować.

Paragraf na dziś

Pamiętaj niezależnie od tego czy opiekuje się Tobą lekarz z prywatnego gabinetu, czy z państwowej przychodni masz takie same prawa. Jednym z nich jest prawo do informacji.

Art. 6 karty praw pacjenta

Prawo (pacjenta lub jego przedstawiciela ustawowego) do uzyskania przystępnej informacji od lekarza o: swoim stanie zdrowia, rozpoznaniu, proponowanych oraz możliwych metodach diagnostycznych, leczniczych, dających się przewidzieć następstwach ich zastosowania albo zaniechania, wynikach leczenia, rokowaniu.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

  1. Ja w szpitalach w ubiegłym roku jak i w tym należałam się sporo. Jakby to wszystko zliczyć to ze 3 miesiące. Obserwowałam różne zachowania… Różne sytuacje. Mój powiatowy szpital do którego należę idealny nie jest… ale jest tam mój lekarz, z którym CHCĘ RODZIĆ PONOWNIE. Zawsze chodzę prywatnie do lekarza, korzystam z usług klinik bo do tego zmusza mnie sytuacja. Obecnie miesięcznie wydajemy od od 500 do 700 zł miesięcznie, na utrzymanie ciąży + niestandardowe badania liczone w kolejnych setkach, i dałabym nawet 5x więcej, byleby tylko szczęśliwe było jej zakończenie. W szpitalu traktują mnie wyjątkowo dobrze, co widzę, że nie jest równe z innymi – znają mnie, znają mnie bo dużo tam bywałam, bo ordynator się raz pomylił i próbuje mi to zrekompensować otaczając szczególną opieką….

    Z mojego punktu widzenia, nie podjęłabym innej decyzji chociaż na NFZ wykonywałam całą masę badań i nie mogę powiedzieć, że jest mi obojętny.

    1. Zgadzam, się zdrowia nie da się przeliczyć na pieniądze. My też wydajemy całkiem sporo na ciążę, i absolutnie nie żałuje tych pieniędzy, tylko zawsze wtedy myślę o tych co chcieliby wydać a zwyczajnie nie mają. Chyba każda kochająca matka wydałaby dosłownie wszystkie pieniądze, aby tylko ciąża zakończyła się szczęśliwym finałem. Jednak dwie wizyty w miesiącu po 150 złotych każda, dodatkowe 100 złotych na badania, do tego witaminy i ewentualne leki i robi się całkiem pokaźna sumka. Po drugie pracuje już jakieś 7 lat i przez 7 lat płace nie małe składki zdrowotne, a zawsze kiedy potrzebuje muszę płacić dodatkowo.

  2. niestety niewiele się zmienia. u mnie było nieco inaczej, bo chodziłam prywatnie do lekarza przyjmującego wyłącznie prywatnie, zatem zero profitów na porodówce, węcz przeciwnie, lek prowadzacy, gdy dowiedział się u kogo prowadziłam ciążę znacząco to skomentował…ech. no wiadomo lepiej jakby była u niego

  3. Mam niestety bardzo podobne odczucia. W samych początkach mojego leczenia niepłodności poszłam kilka razy na wizytę w ramach NFZ – i bardzo szybko stwierdziłam, że moja noga nigdy więcej już tam nie postanie. Nawet nie chodzi tutaj o samo traktowanie pacjentek, ale brak wiedzy i kompetencji do zajmowania się bardziej skomplikowanymi przypadkami (jakim niestety również się okazałam). Na moje pytania o PCO czy insulinooporność lekarze z „państwówki” rozkładali ręce, jakby po raz pierwszy w życiu w ogóle spotkali się z takimi nazwami. Dopiero w gabinetach prywatnych (i odległych od mojego miejsca zamieszkania o kilkaset kilometrów) dostałam jakieś konkretne wskazówki , leki i zalecenia medyczne (choć z perspektywy minionych lat i tak uważam to za stratę czasu i mnóstwo kasy wyrzucone w błoto – i żałuję, że nie zdecydowałam się na adopcję znacznie wcześniej).

    1. Niestety problem dotyczy praktycznie całej państwowej służby zdrowia :( Smutne jest to, że mamy wmawiane – wszystko jest za darmo, a to tak na prawdę iluzja, bo od bólu zęba, po ciąże i inne przypadłości ratunku szukamy tylko prywatnie.